Widzewski charakter
W polskiej piłce jest niewiele pojęć tak mocno zakorzenionych w historii jak Widzewski charakter. To synonim walki do samego końca, wiary wbrew logice i odwracania losów przegranych meczów. Choć przejawiał się wielokrotnie, jego prawdziwa geneza i najpotężniejsza manifestacja miała miejsce 18 czerwca 1997 roku na stadionie Legii Warszawa. Tam, w ciągu pięciu minut, narodziła się legenda, a Widzewski charakter na zawsze zapisał się w annałach futbolu.
Tło historyczne: Mecz, który był finałem
Sezon 1996/1997 był teatrem dominacji dwóch klubów: Legii Warszawa i Widzewa Łódź. Obie drużyny miały ponad 20-punktową przewagę nad resztą stawki, a los chciał, że o tytule mistrzowskim miało zadecydować ich bezpośrednie starcie w przedostatniej, 33. kolejce. Sytuacja była prosta: Widzew, prowadzony przez Franciszka Smudę, był liderem z jednopunktową przewagą. Legii, trenowanej przez Mirosława Jabłońskiego, do odzyskania prymatu potrzebne było tylko zwycięstwo. Każdy inny wynik niemal gwarantował tytuł łodzianom.
Atmosfera w Warszawie była niezwykle napięta. Działacze Legii, po raz pierwszy w historii, wprowadzili obowiązkowe identyfikatory dla kibiców, co wywołało ogromne zamieszanie i ograniczyło frekwencję do około 10 tysięcy widzów. Mimo to na stadionie panował gwar. Szczególnie gorąco przywitano bramkarza Widzewa, Macieja Szczęsnego – byłą legendę Legii, którego transfer do największego rywala uznano za zdradę. Wulgarne okrzyki pod jego adresem niosły się po trybunach przez cały mecz, budując niezwykłą presję.
85 minut bezradności. Gdzie był wtedy Widzewski charakter?
Mecz od początku układał się po myśli gospodarzy. Legia ruszyła z animuszem i już w 12. minucie, po rzucie rożnym, Cezary Kucharski strzałem głową pokonał Szczęsnego. „Wojskowi” kontrolowali grę, a ich przewaga rosła. W 57. minucie na 2:0 podwyższył Sylwester Czereszewski i wydawało się, że jest już po meczu. Legia mogła, a nawet powinna, dobić rywala. Kucharski trafił w słupek w sytuacji, w której trudniej było nie strzelić, a Marcin Mięciel w sytuacji sam na sam przegrał pojedynek ze Szczęsnym.
Przez 85 minut na boisku nie istniało coś takiego jak Widzewski charakter. Łodzianie byli bezradni, zdominowani, nie potrafili stworzyć zagrożenia pod bramką Grzegorza Szamotulskiego. Na trybunach panowały szampańskie nastroje. Z „Żylety” niosły się okrzyki zachęcające do świętowania mistrzostwa na Starówce. Do końca meczu zostało kilka minut, Legia prowadziła 2:0. Nikt, absolutnie nikt, nie spodziewał się nadchodzącej katastrofy.
Pięć minut, które zdefiniowały wszystko
W 85. minucie kontuzji doznał sędzia Andrzej Czyżniewski. Gra została przerwana na kilka minut, co, jak się później okazało, było kluczowym momentem spotkania. Po wznowieniu gry Widzew rzucił się do huraganowych ataków. W 87. minucie Sławomir Majak zdobył bramkę kontaktową. Na stadionie zrobiło się nerwowo, ale wciąż to Legia była mistrzem. Jednak piłkarze Smudy poszli za ciosem. Dwie minuty później, po dośrodkowaniu z lewej strony, do siatki trafił Dariusz Gęsior. 2:2. Stadion zamarł.
„Coś niesamowitego. 2:2 chyba w ostatniej minucie meczu. Grzegorz Szamotulski załamany, piłkarze Legii trzymają się za głowy” – krzyczał do mikrofonu legendarny komentator Jacek Laskowski. Święto na trybunach w jednej chwili przerodziło się w rozpacz. Remis odbierał Legii tytuł. Gospodarze rzucili się do ataku, ale wtedy Widzew zadał ostateczny cios. W doliczonym czasie gry, po błędzie obrony, piłkę w siatce umieścił Andrzej Michalczuk. 3:2 dla Widzewa. Koniec. Niemożliwe stało się faktem. Właśnie w tych pięciu minutach narodził się Widzewski charakter.
Co to znaczy „Widzewski charakter”?
Po meczu Franciszek Smuda, wykonując swój słynny taniec radości, powiedział: „Nie jestem czarodziejem. Staram się zawsze zespół tak przygotować, żeby nigdy nie tracił nadziei. Wiedziałem, że jak strzelimy kontaktową bramkę, to ten mecz wygramy”. Jego słowa idealnie podsumowały to, co cała Polska nazwała później tym słynnym określeniem. Widzewski charakter to nie tylko umiejętności piłkarskie. To mentalność, niezłomna wola walki i wiara w zwycięstwo, nawet gdy wszystko wydaje się już stracone. To zdolność do powstania z kolan w najtrudniejszym momencie i odwrócenia losów rywalizacji.
Wiele drużyn miało w swojej historii wspaniałe powroty. Niewiele jest jednak takich, których cała tożsamość została zdefiniowana przez jedno, kilkuminutowe wydarzenie. Mecz z 1997 roku był właśnie takim momentem. To wtedy narodziła się legenda, która inspiruje kolejne pokolenia piłkarzy i kibiców. To wtedy cały kraj dowiedział się, co tak naprawdę znaczy Widzewski charakter.
SPRAWDŹ TAKŻE:
- Narodziny gwiazdy! Kim jest Rio Ngumoha, 16-letni bohater Liverpoolu?
- Historyczny triumf! Cztery polskie drużyny w Europie i gigantyczna szansa w rankingu UEFA!
- Kim jest człowiek, który chce kupić Śląsk? Mariusz Iwański przerywa milczenie!
- Kulisy rewolucji w Widzewie. Mindaugas Nikolicius szczerze o transferach, błędach i wielkiej wizji
