Kryzys Widzewa
Są takie porażki, po których pozostaje złość i sportowa frustracja. Są też takie, po których zostaje tylko gorzka pigułka prawdy do przełknięcia. I właśnie taką pigułkę zaserwował w niedzielny wieczór Górnik Zabrze. Widzew dwukrotnie odrabiał straty, walczył, ale ostatecznie wrócił z wyjazdu z niczym. Najgorsze w tym wszystkim nie jest jednak zero po stronie punktów, ale wrażenie, że w Zabrzu spotkały się dwie różne koncepcje budowy drużyny. Górnik był monolitem, zorganizowanym kolektywem. A Widzew? Widzew miał na boisku piłkarzy. I to, niestety, była w tym meczu największa różnica, która obnaża coraz głębszy kryzys Widzewa.
Syndrom obcego boiska, czyli wyjazdowa niemoc
Zanim jednak przejdziemy do anatomii niedzielnej porażki, zadajmy sobie jedno, niezwykle ważne pytanie. Czy pamiętacie, kiedy ostatni raz Widzew wygrał mecz na wyjeździe? Pamięć może płatać figle, więc sięgnijmy do faktów. Trzeba cofnąć się aż do 28 marca tego roku i spotkania z Piastem Gliwice, jednego z pierwszych pod wodzą Zeljko Sopicia. Od tamtego dnia minęło niemal pół roku, w trakcie którego Widzew rozegrał osiem spotkań na boiskach rywali. Spójrzmy na tę czarną serię:
- 11 kwietnia 2025: Korona Kielce 2:1 Widzew Łódź
- 27 kwietnia 2025: Górnik Zabrze 0:0 Widzew Łódź
- 10 maja 2025: Zagłębie Lubin 2:1 Widzew Łódź
- 24 maja 2025: Raków Częstochowa 2:1 Widzew Łódź
- 27 lipca 2025: Jagiellonia Białystok 3:2 Widzew Łódź
- 15 sierpnia 2025: Cracovia 1:0 Widzew Łódź
- 31 sierpnia 2025: Lech Poznań 2:1 Widzew Łódź
- 21 września 2025: Górnik Zabrze 3:2 Widzew Łódź
Jeden, jedyny punkt na dwadzieścia cztery możliwe do zdobycia. Ta statystyka nie jest zwykłym zbiegiem okoliczności. To symptom głębszej choroby, która toczy zespół. Wyjazdowa niemoc stała się znakiem rozpoznawczym tej drużyny. Brak charakteru, brak pomysłu, paraliżujący strach – można mnożyć diagnozy, ale fakty są nieubłagane. Widzew na obcym terenie jest drużyną bezbronną, pozbawioną pewności siebie i wiary we własne umiejętności.
Anatomia porażki w Zabrzu
Niedzielny mecz był lustrzanym odbiciem problemów, z którymi Widzew boryka się od początku sezonu. Pierwszy kwadrans to znów czas oddania inicjatywy i bojaźliwej gry, zapraszania rywala pod własne pole karne. Nieważne, czy naprzeciw stoi Lech Poznań, czy drużyna z dołu tabeli – scenariusz jest ten sam. Tym razem jednak do słabej gry doszły katastrofalne błędy indywidualne. Nowy nabytek w bramce, Ivan Ilić, przy pierwszej bramce interweniował tak niefortunnie, że nabił piłką napastnika Górnika. Prezent, którego nie dało się nie wykorzystać.
Chwilę później Widzew zdjął niewidzialny hamulec ręczny. Najpierw potężne uderzenie Shehu zatrzymała poprzeczka, a następnie ten sam zawodnik precyzyjnym strzałem głową doprowadził do wyrównania. To był ten Widzew, który chcemy oglądać – odważny, zdeterminowany. Niestety, radość nie trwała długo. Kuriozalny gol dla Górnika, piłkarski „ping-pong”, po którym piłka wtoczyła się do bramki, znów obciąża konto bramkarza. Jego złe ustawienie sprawiło, że był bezradny.
Druga połowa przyniosła kolejny zryw i wyrównującą bramkę Frana Alvareza. Mecz się otworzył, a wprowadzenie Mariusza Fornalczyka rozruszało lewą flankę do tego stopnia, że trener rywali musiał ratować się zmianą obrońcy. I kiedy wydawało się, że Widzew może pójść za ciosem, nadszedł 81. minuta. Drybling Ousmane’a Sowa, rykoszet od nogi Żyry i kolejny, trzeci już w tym meczu, fatalny błąd Ilicia. Zamiast złapać zrykoszetowaną (ale nie jakąś mega trudną) piłkę, próbował ją piąstkować, wpychając ją do własnej siatki. To był nokaut. Górnik dowiózł wynik do końca, pokazując dojrzałość, której Widzewowi wciąż brakuje.
Klątwa bramkarzy i plaga „gdybania”
W tym sezonie w bramce Widzewa oglądaliśmy już trzech różnych zawodników: Gikiewicza, Kikolskiego i Ilicia. Ich wspólnym mianownikiem nie są, niestety, parady ratujące punkty, a błędy, które te punkty zabierają. Klub ma na kontrakcie pięciu bramkarzy, a w internecie kibice kpią, że zimą trzeba będzie sprowadzić szóstego. To tragikomedia, która doskonale obrazuje obecny kryzys Widzewa.
Do tego dochodzi choroba „gdybania”, która opanowała widzewskie środowisko. Gdyby sędzia gwizdnął, gdyby Żyro się nie pomylił, gdyby Ilić interweniował inaczej… Takie myślenie to pułapka. Silne zespoły nie liczą na „gdyby”, tylko biorą sprawy w swoje ręce. W Widzewie tych wymówek i usprawiedliwień jest zdecydowanie za dużo.
Miliony na boisku, a brak monolitu
Najbardziej bolesna jest świadomość, że potencjał kadrowy tej drużyny pozwala realnie myśleć o walce o ligowe podium. Wydano ponad 7 milionów euro, sprowadzono 15 nowych zawodników. Inwestycje były ogromne, ale efektów na razie nie widać. Zespół nie jest monolitem. To zbiór indywidualności, być może nawet niepasujących do wizji obecnego trenera, bo budowanych pod jego poprzednika.
Symptomatyczne jest to, że w Zabrzu znów najlepszymi postaciami w drużynie byli Juljan Shehu i Fran Alvarez – piłkarze, którzy są w klubie od lat i stanowią trzon „starej gwardii”. Nowe nabytki na razie nie dają tyle jakości, ile od nich oczekiwano. Widzew ma piłkarzy, ale wciąż nie ma drużyny.
Tydzień prawdy nadciąga
Przed Widzewem tydzień, który może okazać się kluczowy. Najpierw wyjazdowy mecz w Pucharze Polski z Termaliką, a następnie starcie z pogrążonym w problemach Rakowem Częstochowa. To będzie tydzień prawdy. Dla piłkarzy, dla sztabu szkoleniowego, a może i dla władz klubu. Czas „gdybania” musi się skończyć. Pora na odpowiedzi tu i teraz, na boisku. W przeciwnym razie piękny sen o potędze znów zamieni się w walkę o przetrwanie w ligowej szarzyźnie.
SPRAWDŹ TAKŻE:
- Zaskakująca reakcja kibiców. Robert Lewandowski bez gola, a i tak chwalony!
- Real Madryt chce gwiazdę Arsenalu! William Saliba na celowniku „Królewskich”
- Dominacja od początku do końca! FC Barcelona pewnie pokonuje Getafe 3:0
- Inter wygrywa z Sassuolo po thrillerze! Gol, odpowiedź i anulowana bramka w końcówce
