Najgorsze transfery Widzewa od 2022 roku to temat, który budzi wśród kibiców ogromne emocje i stanowi gorzką część historii o powrocie do elity. Powrót do Ekstraklasy w 2022 roku wymagał natychmiastowych i odważnych ruchów na rynku, jednak nie wszystkie inwestycje okazały się trafione. Wiele z nich, zapowiadanych jako realne wzmocnienie, skończyło się spektakularną pomyłką, która kosztowała klub nie tylko pieniądze, ale i cenne punkty. Przyjrzymy się dziś kilku historiom, które są dla Widzewa bolesną, ale ważną lekcją budowania zespołu na nowo.
Bożidar Czorbadżijski
Bułgarski stoper przychodził do Łodzi latem 2022 roku z jasnym zadaniem – miał być doświadczonym filarem, który scementuje defensywę beniaminka. Jego CV, obejmujące występy w reprezentacji Bułgarii, dawało nadzieję na spokój i jakość w tyłach. Boisko jednak brutalnie zweryfikowało te oczekiwania. Czorbadżijski okazał się zawodnikiem powolnym, często spóźnionym i niepewnym w swoich interwencjach. Jego brak zwrotności zmuszał całą linię obrony do głębszego cofnięcia, co utrudniało wyprowadzenie piłki i tworzyło luki w środku pola. Zamiast liderem, stał się słabym punktem, a jego błędy kosztowały drużynę cenne punkty. Szybko stracił miejsce w składzie i odszedł bez żalu, stając się przykładem, że doświadczenie reprezentacyjne nie zawsze przekłada się na realne wzmocnienie na poziomie Ekstraklasy.
Lirim Kastrati
Jego transfer zimą 2023 roku miał być odpowiedzią na problemy na skrzydle. Do Widzewa trafiał reprezentant Kosowa z węgierskiego Újpest FC. Choć nie był to jego słynny imiennik z Legii, status reprezentanta swojego kraju i dobre występy na Węgrzech budziły pewne nadzieje na pozyskanie dynamicznego zawodnika. Początkowa ekscytacja szybko zamieniła się jednak w apatię, gdy stało się jasne, że ten transfer nie wniesie do drużyny absolutnie żadnej iskry. Kastrati przez pół roku pobytu w Łodzi nie pokazał niczego. Zaliczył zaledwie garść występów, w których był kompletnie niewidoczny, nie stwarzając żadnego zagrożenia pod bramką rywala. Jego przygoda z Widzewem zakończyła się równie szybko i bezgłośnie, jak się zaczęła, co czyni go jednym z najbardziej anonimowych i nietrafionych transferów ostatnich lat.
Hilary Gong
Podobną zagadką, co Kastrati, okazał się Hilary Gong. Gdy Widzew ogłosił pozyskanie nigeryjskiego skrzydłowego z przeszłością w holenderskim Vitesse, wydawało się to ruchem idealnym. Szybki, dynamiczny, z doświadczeniem z dobrej europejskiej ligi – miał być wzmocnieniem, które zrobi różnicę w Ekstraklasie. Rzeczywistość przerosła najgorsze obawy. Gong był na boisku duchem. Na boisku unikał pojedynków, rzadko wchodził w drybling i pozycjonował się w taki sposób, by jak najrzadziej być pod grą, co było zaprzeczeniem roli dynamicznego skrzydłowego. Jego pobyt w Łodzi to jedna z największych tajemnic ostatnich lat. Był fizycznie obecny, ale mentalnie i sportowo zdawał się być tysiące kilometrów stąd, co czyni go podręcznikowym przykładem transferu, który na papierze wyglądał świetnie, a w praktyce okazał się kompletną, niewytłumaczalną pomyłką.
Saïd Hamulić
To prawdopodobnie najgłośniejszy i najbardziej spektakularny niewypał transferowy tej ery. Bośniak trafiał do Widzewa na wypożyczenie z francuskiej Tuluzy zimą 2024 roku, mając za sobą fantastyczną rundę w Stali Mielec, gdzie był królem strzelców. Oczekiwania były więc gigantyczne – do klubu przychodził sprawdzony w lidze snajper, który miał rozwiązać problemy w ataku. Zamiast tego kibice zobaczyli festiwal irytacji. Zero bramek, problemy z zachowaniem i roszczeniowa postawa to tylko część obrazu. Jego widoczna na boisku frustracja i mowa ciała negatywnie wpływały na resztę zespołu, a brak wkładu w grę defensywną dodatkowo obciążał kolegów. Jego pobyt w Łodzi był krótkim, ale niezwykle kosztownym i toksycznym epizodem, który udowodnił, że nawet najlepszy snajper bez odpowiedniego charakteru i zaangażowania staje się tylko obciążeniem dla drużyny.
Lekcja Budowania
Każda z tych historii to osobna cegiełka w murze doświadczeń odradzającego się Widzewa. Pokazują one, jak ryzykowny jest rynek transferowy i jak trudno jest znaleźć prawdziwe wzmocnienia. Te pomyłki bolą, ale są też ważną lekcją na przyszłość w procesie budowy silnego, ekstraklasowego klubu.
