Widzew Łódź
Zaledwie tydzień temu, po upokarzającej klęsce z Rakowem, nad Widzewem zbierały się najczarniejsze chmury. Mówiło się o chaosie, degrengoladzie i zespole-memie, który stacza się w ligową otchłań. W niedzielę w Niecieczy na moment wyszło słońce. Zwycięstwo 4:2 z Termaliką, odniesione po fantastycznej drugiej połowie, dało klubowi i jego kibicom chwilę tak bardzo potrzebnego tlenu. Pytanie, które musi zawisnąć nad stadionem przy alei Piłsudskiego, brzmi: czy to był powiew świeżego powietrza, który zwiastuje zmianę, czy tylko chwilowe znieczulenie przed kolejnym, bolesnym zabiegiem?
Jego Wysokość Fran Alvarez, Hiszpański Cudotwórca
Niezależnie od wszystkich wątpliwości, ten mecz miał jednego, absolutnego bohatera. Nazywa się Fran Alvarez. W momencie, gdy drużyna po raz kolejny dryfowała w stronę marazmu, Hiszpan wziął na swoje barki odpowiedzialność za cały zespół i w pojedynkę rozmontował defensywę beniaminka. Jego trzynastominutowy hat-trick w drugiej połowie nie był zwykłym zbiorem goli. To był pokaz geniuszu, piłkarskiej inteligencji i, co najważniejsze, charakteru, którego momentami tak brakuje w tym zespole. Był to koncert jednego dyrygenta, który zmusił chaotyczną orkiestrę do gry na swoim, mistrzowskim poziomie.
W obecnej drużynie Widzewa Alvarez jest kimś więcej niż tylko zawodnikiem. To jednoosobowe rozwiązanie problemów, ostatnia deska ratunku, gdy taktyka zawodzi. W zalewie transferowej bylejakości i przepłaconych nazwisk, to właśnie „wynalazek” dyrektora Wichniarka, obok Juljana Shehu, pozostaje najjaśniejszym punktem tej drużyny. Widać, że jego zaangażowanie wykracza poza standardowe obowiązki. W czasach, gdy tak wielu zawodników wydaje się traktować Widzew Łódź jak przystanek w karierze, postawa Hiszpana jest na wagę złota i stanowi wzór profesjonalizmu.
Słodko-gorzkie Zwycięstwo i Głosy Rozsądku
Mimo euforii po końcowym gwizdku, warto jednak spojrzeć na to zwycięstwo z odpowiedniej perspektywy. Sukces, choć efektowny, odniesiony został nad beniaminkiem, który w drugiej połowie prezentował się wyjątkowo słabo. Nie można pozwolić, by ten jeden mecz przesłonił obraz tygodni chaosu i bezradności. Należy pamiętać o pierwszej połowie, która wciąż była dramatyczna i do złudzenia przypominała koszmar z meczu z Rakowem. Dopiero od 50. minuty gra Widzewa zaczęła wyglądać obiecująco. To rodzi pytanie, czy przemiana w szatni była efektem korekt taktycznych, czy jedynie impulsem emocjonalnym, który trudno będzie powtórzyć.
Ten mecz pokazał, że Widzew Łódź wciąż jest zespołem dwóch twarzy – tej apatycznej i tej walecznej. Problemem jest nieprzewidywalność i brak stabilizacji formy. Zwycięstwo cieszy, ale nie leczy z choroby, a jedynie łagodzi jej objawy. Problemy, które trawią ten zespół – brak powtarzalnych schematów w ofensywie, błędy w ustawieniu w defensywie – nie zniknęły w magiczny sposób w ciągu 45 minut. To był bardziej zastrzyk adrenaliny niż początek zaplanowanej terapii.
Dylemat Patryka Czubaka
Największym paradoksem tego zwycięstwa jest dylemat, jaki stwarza ono dla władz klubu. Z jednej strony, trener dostarczył wynik, a jego zwolnienie w takiej chwili byłoby trudne do uzasadnienia. Z drugiej strony, rodzą się fundamentalne pytania o jego realny wpływ na drużynę. Czy to był efekt pracy sztabu, czy raczej triumf indywidualnego geniuszu Alvareza i przebłysków kilku innych zawodników, którzy wzięli sprawy w swoje ręce? Krytycy trenera z pewnością argumentują, że mecz z Termaliką nie był zwycięstwem myśli trenerskiej.
W grze, jaką prezentuje Widzew Łódź, wciąż trudno doszukać się automatyzmów i wypracowanych schematów. Ofensywa opiera się na indywidualnych zrywach, a jedyną strategią wydaje się być liczenie na to, że Fran lub Shehu coś wymyślą. Czy to wystarczy, by walczyć o ambitne cele w klubie z takim budżetem? Ta wygrana może dać Patrykowi Czubakowi cenny czas, ale jednocześnie podnosi poprzeczkę i wzmaga presję. Każde kolejne potknięcie będzie teraz analizowane przez pryzmat tego, co drużyna pokazała w drugiej połowie w Niecieczy.
Dwa Tygodnie Prawdy
Przed klubem dwa tygodnie przerwy reprezentacyjnej. To idealny moment na głęboką refleksję i analizę, wolną od pomeczowych emocji. To czas, który sztab szkoleniowy może przeznaczyć na spokojny mikrocykl treningowy i pracę nad mankamentami, których wciąż jest mnóstwo. Miejmy tylko nadzieję, że tym razem cała energia zostanie skupiona na pracy, bez pozaboiskowych dramatów, które w przeszłości potrafiły zakłócać spokój w klubie.
Te dwa tygodnie to czas prawdy dla właściciela i dyrektora sportowego. Muszą oni odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zwycięstwo w Niecieczy to trwała tendencja, czy tylko jednorazowy wyskok. Czy należy zaufać obecnemu sztabowi i dać mu więcej czasu, czy może jednak drużyna z takim potencjałem potrzebuje bardziej doświadczonego sternika? Odpowiedź na to pytanie zdefiniuje resztę tego sezonu. Bo choć zwycięstwo było potrzebne jak tlen, to teraz trzeba mądrze zdecydować, w jakim kierunku ma podążać ten zespół.
