Widzewski charakter
Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską. Po 90 minutach meczu w Białymstoku dopisywałem w głowie trzy punkty i chwaliłem drużynę za przełamanie wyjazdowej niemocy. A potem nadeszły dwie minuty, które zdefiniowały ten wieczór. Dwie minuty, w trakcie których zobaczyliśmy wszystko to, co jest zaprzeczeniem idei, na której ten klub został odbudowany. To, co zobaczyliśmy w doliczonym czasie gry, nie miało nic wspólnego z legendarnym, niezłomnym duchem, który definiuje Widzewski charakter. To była jego antyteza.
Od beznadziei do dominacji – dwie twarze rewolucji
Początek meczu był fatalny. Szybko stracona bramka po błędach w defensywie zdawała się być powtórką z koszmarów poprzednich sezonów. Ale potem stało się coś, co napełniło serca nadzieją. Drużyna nie pękła. Przejęła inicjatywę, zaczęła dominować i stwarzać sytuacje. Efektem były dwa gole fantastycznie dysponowanego Sebastiana Bergiera. Od wyniku 0:1 do 2:1 – to był fragment, w którym zobaczyliśmy zalążek tego, czym ma być nowa drużyna. To był moment, w którym na boisku objawił się prawdziwy Widzewski charakter – niezłomność, walka do końca i odwrócenie losów meczu.
Błąd, który wszystko zmienił: strach zamiast ambicji
Niestety, po zdobyciu bramki na 2:1, w zespole coś pękło. Zamiast pójść za ciosem i dobić rannego rywala, drużyna cofnęła się na własną połowę. Trener dokonał zmian, wprowadzając graczy o profilu bardziej defensywnym. Atak przestał istnieć, a jedynym, który zdawał się chcieć grać do przodu, był Angel Baena. To był błąd fundamentalny. Widzew zdradził swój własny styl i zaczął bronić wyniku, co nigdy nie było jego siłą. Prawdziwy Widzewski charakter to parcie do przodu, to chęć strzelenia trzeciego i czwartego gola. W niedzielę zobaczyliśmy strach, który został brutalnie ukarany.
Dwie minuty, które zdefiniowały porażkę
To, co stało się w doliczonym czasie gry, przejdzie do historii jako przykład niewiarygodnej dekoncentracji i piłkarskiej naiwności. Najpierw anemiczne wybicie piłki na rzut rożny, po którym padła bramka na 2:2. A chwilę później obrazek, który będzie się śnił kibicom po nocach. Bramkarz, zamiast wykopać piłkę daleko od bramki, w ostatniej minucie meczu zaczyna bawić się w krótkie rozegranie do obrońcy, który jest kryty przez dwóch rywali. Efekt? Dziecinna strata i gol na 2:3. Parafrazując słowa Sebastiana Bergiera po meczu – straciliśmy dwie bramki we frajerski sposób. I trudno się z tym nie zgodzić.
Lekcja na przyszłość i spojrzenie wstecz
Po wielu zawodnikach widać było po tym meczu ogromną, sportową złość. I to jest jedyny pozytyw. Trzeba mieć nadzieję, że ta katastrofa będzie dla nich bolesną, ale cenną lekcją. Lekcją, że obrona wyniku nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Czasem trzeba po prostu dobić rywala, gdy ten jest na deskach. Zwycięstwo 1:0 z Zagłębiem tydzień temu mogło zamazać obraz – wtedy rywal nie miał wystarczającej jakości, by wykorzystać nasze błędy. Jagiellonia tę jakość miała i bezlitośnie ją wykorzystała.
Jedyny stały element – kibice
Na koniec słowa absolutnego uznania dla kibiców. Po raz kolejny nabili sektor gości do ostatniego miejsca. Przez 90 minut prowadzili doping, który w transmisji telewizyjnej był głośniejszy niż doping gospodarzy. To oni, nawet po końcowym gwizdku, pokazali, czym jest prawdziwy Widzewski charakter. Szkoda, że piłkarze nie dowieźli wyniku, który byłby nagrodą za to niesamowite wsparcie.
Nie ma co patrzeć wstecz. Złość trzeba przekuć w motywację. Przed nami mecz z GKS-em Katowice. Czas na odpowiedź i udowodnienie, że to, co stało się w Białymstoku, było tylko tragicznym wypadkiem przy pracy.
Zobacz także:
- Jan Bednarek o krok od portugalskiego giganta! Czas opuścić Wyspy
- Legia Warszawa pewnie wygrywa w Kielcach. Kryzys Korony pogłębia się (0:2)
- Koniec przygody na Old Trafford? Antony o krok od transferu do Arabii Saudyjskiej
- Gwiazda Bundesligi na celowniku Premier League. Aston Villa i West Ham walczą o Romano Schmida
