Cud w Stambule
Prawdziwy Cud w Stambule to historia, która na zawsze zapisała się w annałach futbolu jako synonim niezłomnej wiary i sportowego zmartwychwstania. W annałach futbolu zapisano wiele niezwykłych opowieści, ale żadna z nich nie może się równać z tym, co wydarzyło się 25 maja 2005 roku na Stadionie Olimpijskim im. Atatürka. To właśnie tam, w sercu Turcji, narodziła się legenda, którą cały świat zna pod jedną nazwą. Opowieść o tym, jak Liverpool, skazany na pożarcie i upokorzony, wstał z kolan, by w sześć minut odwrócić losy finału Ligi Mistrzów, jest absolutnie wyjątkowa. To wydarzenie pokazało, że w sporcie niemożliwe nie istnieje, a jego symbolem na zawsze pozostanie Cud w Stambule.
Droga do finału: Przez mękę do gwiazd
Zanim jednak doszło do legendarnego finału, droga Liverpoolu była wyboista i pełna dramatów. Pod wodzą nowego trenera, Rafy Beniteza, i bez sprzedanego do Realu Madryt Michaela Owena, „The Reds” w lidze spisywali się przeciętnie. To w Europie mieli jednak pokazać swój prawdziwy charakter. Już sam awans z fazy grupowej wisiał na włosku. W ostatnim meczu z Olympiakosem, Liverpool potrzebował zwycięstwa różnicą dwóch bramek. Do przerwy przegrywał 0:1 po golu Rivaldo. To, co stało się w drugiej połowie, było zapowiedzią tego, co miało nadejść. Bramki rezerwowych, Sinamy Pongolle’a i Neila Mellora, dały nadzieję, a w 86. minucie Steven Gerrard potężnym uderzeniem z dystansu zapewnił awans, wprawiając Anfield w ekstazę. Bez tej dramaturgii nie wydarzyłby się późniejszy Cud w Stambule.
W fazie pucharowej nie było łatwiej. Najpierw pewnie pokonali Bayer Leverkusen, by w ćwierćfinale trafić na naszpikowany gwiazdami Juventus. Po zwycięstwie 2:1 u siebie, w rewanżu w Turynie zdołali bezbramkowo zremisować, meldując się w półfinale. Tam czekał na nich największy krajowy rywal – Chelsea José Mourinho, która w tamtym sezonie zdominowała Premier League. Po remisie 0:0 na Stamford Bridge, o wszystkim miał zadecydować rewanż na Anfield. Już w 4. minucie padł jeden z najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych goli w historii Ligi Mistrzów – tzw. „gol-widmo” Luisa Garcii. Piłka, zdaniem wielu, nie przekroczyła linii bramkowej, ale sędzia wskazał na środek boiska. Liverpool dowiózł ten wynik do końca, choć w ostatniej akcji meczu Eidur Gudjohnsen zmarnował stuprocentową okazję. To był kolejny znak, że nad tą drużyną czuwa przeznaczenie, które miało w pełni objawić się w Turcji i stworzyć Cud w Stambule.
Upokorzenie w pierwszej połowie
Finałowym rywalem był wielki AC Milan Carlo Ancelottiego – drużyna kompletna, z legendami na każdej pozycji: Maldinim, Nestą, Pirlo, Gattuso, Kaką, Szewczenką i Crespo. Byli murowanym faworytem. I przez pierwsze 45 minut udowadniali to w sposób brutalny. Już w 52. sekundzie Paolo Maldini zdobył najszybszą bramkę w historii finałów Ligi Mistrzów. Liverpool był w szoku, a Milan kontrolował grę z gracją i bezwzględnością. Tuż przed przerwą dwa ciosy wyprowadził Hernan Crespo. 3:0 do przerwy. To nie był mecz, to była egzekucja. Kibice Liverpoolu na trybunach byli zdruzgotani, ale nie zamilkli. Z tysięcy gardeł popłynął hymn „You’ll Never Walk Alone” – przejmujący akt wiary wbrew wszelkiej nadziei. To właśnie ten moment przeszedł do historii jako preludium do tego, czym miał być Cud w Stambule.
Sześć minut, które zmieniły wszystko
W przerwie Rafa Benitez dokonał kluczowej zmiany taktycznej, wprowadzając Dietmara Hamanna i przechodząc na ustawienie z trójką obrońców. To pozwoliło „The Reds” odzyskać kontrolę w środku pola. Ale prawdziwy impuls dał kapitan. W 54. minucie Steven Gerrard fenomenalnym strzałem głową zdobył kontaktową bramkę. Jego gest w kierunku trybun był jasnym sygnałem: „To jeszcze nie koniec, walczymy!”. To był sygnał, że Cud w Stambule jest możliwy.
Dwie minuty później Vladimír Šmicer oddał strzał z dystansu, po którym Dida interweniował na tyle nieporadnie, że wpuścił piłkę do siatki. 3:2. Szok na twarzach graczy Milanu był już widoczny. A w 60. minucie stadion eksplodował. Gennaro Gattuso sfaulował w polu karnym Gerrarda, a sędzia wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Xabi Alonso. Jego strzał obronił Dida, ale przy dobitce Hiszpana był już bezradny. 3:3. W sześć minut Liverpool odrobił trzybramkową stratę. To, co niemożliwe, stało się faktem. Te sześć minut to esencja tego, czym jest Cud w Stambule.
Heroiczna dogrywka i taniec, który przeszedł do historii
Mecz trafił do dogrywki. Zmęczone drużyny nie stwarzały wielu okazji, aż do 117. minuty. Wtedy to Andrij Szewczenko znalazł się w sytuacji, której nie miał prawa zmarnować. Najpierw jego strzał głową z kilku metrów w niewiarygodny sposób obronił Jerzy Dudek. Piłka wróciła do Ukraińca, który z metra uderzył z całej siły. Polak instynktownie, cudem, zdołał podbić piłkę ręką nad poprzeczkę. „To był mój cud. Obrona mojego życia” – wspominał później Dudek. Ta interwencja sprawiła, że Cud w Stambule mógł się dopełnić. Bez tej obrony nie byłoby legendy.
O losach tytułu miały zadecydować rzuty karne. I wtedy na scenę ponownie wkroczył polski bramkarz. Zainspirowany przez Jamiego Carraghera, Dudek zaczął tańczyć na linii bramkowej, rozpraszając strzelców Milanu. Jego „Dudek Dance” zdekoncentrował Serginho i Andreę Pirlo. W ostatniej serii do piłki podszedł Szewczenko. Jego uderzenie w środek bramki Dudek zdołał odbić jedną ręką. Koniec. Cud w Stambule stał się faktem. Liverpool, po jednym z najbardziej dramatycznych finałów w historii, po raz piąty został najlepszą drużyną Europy, a Jerzy Dudek bohaterem opowieści pod tytułem Cud w Stambule.
SPRAWDŹ TAKŻE:
- Narodziny gwiazdy! Kim jest Rio Ngumoha, 16-letni bohater Liverpoolu?
- Historyczny triumf! Cztery polskie drużyny w Europie i gigantyczna szansa w rankingu UEFA!
- Kim jest człowiek, który chce kupić Śląsk? Mariusz Iwański przerywa milczenie!
- Kulisy rewolucji w Widzewie. Mindaugas Nikolicius szczerze o transferach, błędach i wielkiej wizji
