Widzew - Wisła Płock
Są takie mecze, po których cisną się na usta słowa niecenzuralne. Są też takie, po których dominuje uczucie niedosytu tak wielkiego, że niemal fizycznie boli. Spotkanie z Wisłą Płock było właśnie takim doświadczeniem – mieszanką dumy z postawy drużyny i wściekłości na czynniki, które odebrały jej zasłużone zwycięstwo. Historia meczu Widzew – Wisła Płock to opowieść o dominacji, której nie zwieńczyła nagroda, i o kontrowersji, która na długo pozostanie w pamięci kibiców.
Scenariusz tego spotkania miał w sobie coś z filmowego deja vu. Oto do Serca Łodzi, niczym trzy lata temu, przyjeżdżał nieoczekiwany, niepokonany lider z Płocka. Beniaminek, który w pierwszych trzech kolejkach zadziwił wszystkich, zgarniając komplet punktów. Widzew, podobnie jak wtedy, miał być pierwszą siłą zdolną do zatrzymania rozpędzonych „Nafciarzy”. Atmosfera na trybunach gęstniała z każdą minutą, a oczekiwania były jasne. Spotkanie Widzew – Wisła Płock miało być testem charakteru dla odmienionej łódzkiej drużyny.
Eksperyment Guardioli w łódzkim wydaniu
Pierwsze zdziwienie, a dla wielu wręcz szok, nastąpiło na godzinę przed meczem. Publikacja składu wywołała falę dyskusji, bo na próżno było szukać w nim nominalnego napastnika. Sebastian Bergier, od początku sezonu podstawowa „dziewiątka”, usiadł na ławce. Jego miejsce na szpicy zajął – przynajmniej na papierze – Bartłomiej Pawłowski. W kuluarach mówiło się, że Bergier zmaga się z urazem, ale brak Antoniego Klukowskiego w pierwszym składzie, był sygnałem, że tego dnia Widzew postawi na taktyczną improwizację. Taktyka na mecz Widzew – Wisła Płock od początku była więc odważna i ryzykowna.
To, co zobaczyliśmy, można by z przymrużeniem oka nazwać hołdem dla taktyki Pepa Guardioli. Gra bez klasycznego snajpera, z płynnie wymieniającymi się pozycjami zawodnikami ofensywnymi, to manewr, który w Manchesterze City bywał oznaką geniuszu. W Łodzi był jednak podyktowany brutalną koniecznością. Po zejściu Pawłowskiego, którego zastąpił Szymon Czyż, z przodu operowali już wyłącznie pomocnicy i skrzydłowi. Ta widoczna gołym okiem słabość w strefie ataku miała zdefiniować obraz całego spotkania. Z jednej strony oglądaliśmy drużynę grającą z rozmachem, dominującą, pchającą akcje pod pole karne rywala. Z drugiej – brakowało egzekutora. Kogoś, kto w decydującym momencie dostawi nogę, wygra walkę o pozycję i zamieni świetne podanie na bramkę. Cały przebieg meczu Widzew – Wisła Płock pokazał, jak bardzo potrzebny jest w drużynie rasowy snajper.
Oblężenie twierdzy Płock
Mimo taktycznych niedostatków dominacja Widzewa, zwłaszcza po przerwie, była absolutna i niepodważalna. To nie jest opinia, to są fakty zapisane w statystykach. Wisła Płock oddała przez cały mecz jeden, jedyny celny strzał. Współczynnik oczekiwanych goli (xG) „Nafciarzy” w drugiej połowie wyniósł zawrotne 0,02. To statystyczny dowód na to, że goście po prostu nie istnieli w ofensywie. Od 60. minuty ich plan na grę był prosty: przetrwać. Byliśmy świadkami festiwalu antyfutbolu – celebrowania każdego wznowienia, teatralnych upadków, skradania cennych sekund przy każdym aucie. Ten jednostronny obraz spotkania Widzew – Wisła Płock sprawiał, że bramka dla gospodarzy wydawała się tylko kwestią czasu.
Widzew bił głową w mur, ale robił to z godną podziwu konsekwencją. Napór rósł, a bramka wisiała w powietrzu. Czuć było, że wystarczy jeden moment, jedna iskra, by twierdza Płock wreszcie upadła. Właśnie wtedy, w 77. minucie, nadeszła chwila, która miała odmienić losy meczu. I odmieniła, choć w sposób, którego nikt się nie spodziewał. Niewielu spodziewało się, że Widzew – Wisła Płock przejdzie do historii z powodu tak wielkiej kontrowersji.
Gdy logika przegrywa z interpretacją. Anatomia kontrowersji
Mariusz Fornalczyk. To on wziął na siebie odpowiedzialność. Dynamiczny rajd lewym skrzydłem, pewny zwód, minięcie obrońcy i wbiegnięcie w pole karne. A potem kontakt i gwizdek sędziego Tomasza Kwiatkowskiego. KARNY! Stadion eksplodował euforią. Sprawiedliwości miało stać się zadość. Fran Alvarez już ustawiał piłkę, gdy nadszedł sygnał z wozu VAR. Decyzja ta mogła przesądzić o wyniku starcia Widzew – Wisła Płock.
To, co stało się później, na długo pozostanie w pamięci kibiców. Sędzia podbiegł do monitora, by po kilkunastu powtórkach podjąć decyzję, która przeczyła logice i temu, co widziały tysiące oczu na stadionie. Rzut karny został anulowany. Dlaczego? Sam arbiter tłumaczył to w sposób tak zawiły, że aż absurdalny. „Natomiast jak podszedłem do ekranu, to kamera od frontu “Fornala” pokazywała, jak on biegnie i wstawia prawą nogę w tor poruszania się obrońcy, który wbiegał w pustą przestrzeń. Gdyby ten ruch “Fornala” był połączony z piłką, która byłaby po prawej stronie, wtedy dla mnie to byłby cały czas karny, bo jednak obrońca przegrał walkę o pozycję i musi uważać na to, jak napastnik zarządza piłką. Natomiast “Fornal” miał piłkę przed sobą, powiedzmy bliżej lewej nogi i wstawił prawą nogę w prawo, jakby nie w połączeniu z piłką, bo tej piłki tam nie było. Można więc powiedzieć, że za ten kontakt między zawodnikami odpowiadał nie obrońca, a “Fornal”. On doprowadził do tego kontaktu, wykonując ruch niezwiązany z piłką. I finalnie można powiedzieć, że jest to jakimś podstawieniem nogi przez tego napastnika, a jeżeli nie, to co najwyżej kolizją. Tak to zinterpretowaliśmy”.
Czytając te słowa, można odnieść wrażenie, że analizujemy nie dynamiczną akcję piłkarską, a skomplikowany wzór fizyczny. Gracz, który osłania piłkę własnym ciałem, jest winny kolizji? To absurd. Ta decyzja sędziowska wypaczyła wynik meczu i odebrała drużynie zasłużoną szansę na zwycięstwo. Trudno nie odnieść wrażenia, że w takich chwilach technologia, która miała pomagać, staje się narzędziem do nadinterpretacji i szukania pretekstu, by podważyć pierwotną, instynktowną i słuszną decyzję. Niestety, w meczu Widzew – Wisła Płock to właśnie się stało.
Punkt, który smakuje jak porażka
Widzew do końca walczył o zwycięską bramkę. Nie udało się. Zawodnikom nie można jednak zarzucić absolutnie niczego. Pokazali charakter, wolę walki i ambicję, której oczekują kibice. Zostawili na boisku serce i zdrowie, ale musieli pogodzić się z remisem. To punkt, który w tabeli wygląda neutralnie, ale w sercach smakuje jak porażka. Remisowy wynik meczu Widzew – Wisła Płock jest głęboko niesprawiedliwy.
Takie mecze budują tożsamość drużyny. Pokazują, że nawet w obliczu problemów, zespół potrafi zdominować lidera tabeli. Jednocześnie uczą bolesnej prawdy, że w piłce nie zawsze wygrywa lepszy. Czasem o wyniku decyduje centymetr, sekunda lub niezrozumiała interpretacja przepisów. Najgorsza jest jednak bezsilność, gdy wiesz, że zostałeś skrzywdzony. Pozostaje niedosyt, ale i cicha nadzieja, że sportowa złość, która zrodziła się w sobotni wieczór, zostanie przekuta w punkty w kolejnych spotkaniach. Bo ta drużyna pokazała, że ma potencjał, by walczyć, a to w Łodzi zawsze będzie wartością nadrzędną, niezależnie od tego, czy na tablicy wyników widnieje Widzew – Wisła Płock, czy jakikolwiek inny rywal.
