łączenie gry w pucharach i lidze
„Chcieliśmy tego, chcemy grać co trzy dni i cieszymy się na jutrzejszy mecz. Po to walczyliśmy cały sezon” – te słowa trenera Marka Papszuna doskonale oddają marzenia i ambicje każdego czołowego polskiego klubu. To piękna i ambitna deklaracja, ale brutalne realia polskiej piłki pokazują, że łączenie gry w pucharach i lidze to niezwykle trudne zadanie. Analiza ostatnich pięciu sezonów dowodzi, że skuteczne łączenie gry w pucharach i lidze dla wielu polskich klubów okazało się misją ponad siły, prowadząc do głębokich kryzysów, a w skrajnych przypadkach nawet do spadku.
Sezon po sezonie – europejski kac w praktyce
Słowa o przywileju brzmią dumnie, ale historia ostatnich lat to twarde fakty, które pokazują, jak ogromnym obciążeniem dla naszych zespołów jest łączenie dwóch frontów. Przyjrzyjmy się, jak radzili sobie nasi pucharowicze w sezonach następujących po ich europejskich kampaniach.
Sezon 19/20: W pucharach grały Legia, Lech, Piast i Cracovia. Rok później mistrzostwo obroniła tylko Legia. Piast spadł na 6. miejsce, Cracovia do samego końca drżała o utrzymanie (14. pozycja), a Lech zaliczył totalną katastrofę, kończąc sezon na 11. miejscu.
Sezon 20/21: Europę podbijały Legia, Raków, Pogoń i Śląsk. W kolejnej kampanii ligowej Raków i Pogoń utrzymały się w czołówce, zajmując odpowiednio 2. i 3. miejsce. Ale reszta? Legia zaliczyła historyczny kryzys i sezon skończyła na 10. pozycji. Śląsk Wrocław z kolei do ostatniej kolejki bił się o życie, utrzymując się w lidze z przewagą zaledwie trzech punktów nad strefą spadkową.
Sezon 21/22: Reprezentantami były Lech, Raków, Pogoń i Lechia. I znów, Raków obronił wicemistrzostwo, Lech i Pogoń utrzymały się w TOP 4. A Lechia Gdańsk? Zaliczyła katastrofalny sezon i z hukiem spadła do 1. Ligi zajmując 17. miejsce.
Sezon 22/23: W Europie mieliśmy Raków, Legię, Lecha i Pogoń. Wydawało się, że nasza czołówka wreszcie okrzepła. Mimo to mistrz Polski Raków, po historycznej przygodzie w pucharach, w lidze zawiódł na całej linii, kończąc rozgrywki na 7. miejscu i nie kwalifikując się do pucharów. Lech zajął 5. miejsce, również poza Europą.
Sezon 23/24: Do Europy trafiły Jagiellonia, Śląsk i Legia, a także pierwszoligowa Wisła Kraków. Efekt? Jagiellonia utrzymała się w czołówce, Legia również, ale Śląsk Wrocław po raz kolejny zapłacił najwyższą cenę – zajął 17. miejsce i spadł z Ekstraklasy. Wisła z kolei nie zdołała nawet awansować do elity.
Bolesne ofiary pucharowej przygody
Powyższe dane malują ponury obraz. Spadki Lechii i Śląska, dramatyczna walka o utrzymanie innego wrocławskiego zespołu, historyczne kryzysy Legii i Lecha – to wszystko miało miejsce w sezonach „pomeczowych”. Gra co 3 dni, zamiast być motorem napędowym, dla wielu okazywała się gwoździem do trumny. Trudno też mówić o stabilizacji czołówki. Poza Legią, Lechem i Rakowem, które w ostatnich latach najczęściej meldują się w TOP 4, rotacja jest ogromna. Utrzymanie się na szczycie przez kilka sezonów z rzędu, przy jednoczesnej grze w Europie, to dla polskich klubów zadanie niemal niewykonalne.
Tu i teraz: pucharowicze znów pod presją
Obecny sezon już pokazuje, że historia lubi się powtarzać. Wszyscy nasi tegoroczni pucharowicze – Lech, Legia, Raków i Jagiellonia – mimo awansów w Europie, na krajowym podwórku już zdążyli pogubić punkty.
Jagiellonia przeżywa rollercoaster nastrojów. Inauguracja ligi to blamaż – porażka 0:4 z beniaminkiem. Później co prawda przyszła wygrana 3:2 z Widzewem, ale odniesiona w bólach. Raków ma jeszcze większe problemy – w trzech meczach wygrał tylko raz, notując dwie bolesne porażki. Lech, choć wygrał dwa spotkania, to w fatalnym stylu, a w jednym ze starć został upokorzony przez Cracovię. Nawet najsilniejsza kadrowo Legia, po pewnym zwycięstwie na inaugurację, straciła punkty u siebie z beniaminkiem z Gdyni. Te przykłady pokazują, że łączenie gry w pucharach i lidze to wciąż nierozwiązany problem.
Diagnoza problemu
Przyczyn słabszej postawy jest kilka. Pierwszą i najbardziej oczywistą jest zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Gra co trzy dni, dalekie podróże i presja związana z walką o awans w Europie muszą odbijać się na dyspozycji w lidze. Drugim czynnikiem jest konieczność rotacji w składzie. Trenerzy, chcąc oszczędzać kluczowych graczy, często dają szansę rezerwowym, co nie zawsze przekłada się na utrzymanie wysokiego poziomu gry. Wreszcie, nie można zapominać o dodatkowej motywacji rywali. Dla wielu drużyn w Ekstraklasie mecz z pucharowiczem to najważniejsze spotkanie w rundzie. Nasi pucharowicze w Ekstraklasie mają więc na plecach celownik.
Przywilej i odpowiedzialność
Trener Papszun ma rację – gra co trzy dni to przywilej, o który walczy się przez cały rok. To nagroda za ciężką pracę i dowód na siłę klubu. Jednak, jak pokazuje historia, jest to również ogromny ciężar i odpowiedzialność. Sztuką nie jest tylko zakwalifikowanie się do Europy, ale przetrwanie sezonu, który po tym następuje. To test dojrzałości organizacyjnej, szerokości kadry i umiejętności zarządzania kryzysem. Na razie ten test regularnie oblewa większość naszych klubów, a skuteczne łączenie gry w pucharach i lidze pozostaje największym wyzwaniem polskiej piłki klubowej.
Zobacz także:
- Kolejny wielki transfer Chelsea! Xavi Simons o krok od Stamford Bridge
- Talent Śląska na sprzedaż? Jakub Jezierski obserwowany przez klub z Holandii
- Rewelacja ligi się wzmacnia! Adrian Dieguez o krok od podpisania kontraktu z Radomiakiem
- Liverpool nie zwalnia tempa! Bradley Barcola kolejnym celem transferowym „The Reds”
